Potrzebujemy języka!

Nasze narzecze jest pociemniałe i twarde
Jak drzewo, które długo leżało pod wodą.
W naszym narzeczu mówimy niewyraźnie i
Cicho, bowiem języki nasze są podcięte.
Nasze narzecze rozumie Pan Bóg, a także
Śmierć – czujemy to wieczorami, przed zaśnięciem.
Jan Goczoł

Nasza mowa wymiera. Jak mówi czasami prof. Miodek, „wycofuje się”. Można ją jeszcze usłyszeć na terenach wiejskich, z dala od centrów kulturalnych, raczej od ludzi starszych wiekiem. Młodzi mieszkańcy miast, ludzie lepiej wykształceni, choć przeważnie jeszcze nieźle ją rozumieją, nie chcą się już nią posługiwać.

Dla wielu ludzi nie znających mowy śląskiej z domu, gdzie używało się jej w sposób naturalny, lub słabo ją pamiętających, mówienie po śląsku oznacza po prostu mówienie byle jaką „wsiową” lub slangową polszczyzną. Wielokrotnie spotkałem Polaków, którzy wyczuwając mój śląski akcent, być może chcąc mi zrobić przyjemność, starali się mówić do mnie, jak im się wydawało, po śląsku. W istocie mówili byle jaką polszczyzną, wplatając w nią parę znanych z kabaretów niemiecko brzmiących słów, całe mnóstwo polskich wyrażeń slangowych a także co nieco wulgaryzmów. Walnie do rozpowszechnienia się tego przekonania przyczyniają się media, które lansują kabaretowo-jarmarczny i prymitywny model śląskości.

Także i my, Ślązacy wyrośli i wychowani w śląskich domach, w „atmosferze” śląskiej mowy, choć ją kochamy, też w jakiś sposób mamy poczucie jej brzydoty i gorszości. Bez psychicznych barier potrafimy rozmawiać po śląsku z rodzeństwem, z rodzicami i krewnymi. Do nich „godało sie” od zawsze, przed nimi nie ma sensu się ukrywać. W kontaktach z nieznajomymi mówienie „po naszymu” przychodzi nam z trudnością. Nie umiemy też rozmawiać po śląsku z ludźmi, przed którymi czujemy respekt, z przełożonymi, ze starszymi, z nauczycielami. Pracując jako nauczyciel na uczelni wielokrotnie zaobserwowałem to zjawisko, próbując na zajęciach zagadywać gwarą do studentów, aby i ich sprowokować do tego samego. Często wychodził z tego bełkot. Widziałem, że oni, mimo że chcą mówić po śląsku, jakoś nie potrafią. Zaczynają się jąkać, mieszają słowa polskie ze śląskimi a także z różnymi wyrażeniami slangowymi.

Rozmawianie z kimś „po naszymu” trąci pewną poufałością, która kłóci się z dystansem, jaki odczuwamy w stosunku do niektórych ludzi. Nie potrafimy w naszej mowie znaleźć form adekwatnych do wyrażania szacunku, jaki w naturalny sposób z naszej strony pewnym osobom się należy. Nie umiemy mówić w sposób elegancki i uroczysty.

Wielkim i smutnym szokiem było dla mnie odkrycie, że dwaj moi znajomi, rodowici Ślązacy, do swoich małych dzieci mówią po polsku. Sami na co dzień mówią gwarą, tak rozmawiają ze swoimi żonami, tak zwracają się do krewnych. Kiedy zapytałem dlaczego, usłyszałem, że to jakoś samo tak wyszło, że inaczej nie potrafią. Mówili to ze smutkiem, myślę więc, że nie ma w tym wyrachowania i konformizmu. Nasza mowa nie daje poczucia piękna. Podobnie jak my, mówiąc do kogoś, komu chcemy okazać szacunek, podświadomie czujemy, że bardziej adekwatne będzie użycie języka literackiego, tak rodzice, chcąc swym dzieciom dać to, co najlepsze, podświadomie przechodzą na polski.

Jesteśmy więc rozdarci, jak ta Judymowa sosna. Z jednej strony nasza mowa kojarzy się nam z tym, co bardzo osobiste i intymne, z naszym domem rodzinnym, ze swojskością, z bezpieczeństwem, z miłością. Chcemy więc ją zachować. Z drugiej strony czujemy, że jest ona gorsza, brzydsza, że brak w niej piękna. W naszym narzeczu mówimy więc niewyraźnie i cicho bo języki nasze są podcięte …

To odczucie gorszości, bylejakości języka automatycznie przenosi się na ludzi się nim posługujących. Sami postrzegamy naszych pobratymców jako bardziej pospolitych, mniej godnych szacunku. Chłopcy godający po śląsku uważani są za mniej atrakcyjnych, dziewczyny za brzydsze. Ten stosunek dotyczy wreszcie samooceny człowieka. Sami siebie oceniamy jako mniej wartościowych. Wobec Polaków mówiących „poprawnie” po polsku odczuwamy kompleks niższości. Albo tłumiąc w sobie żal próbujemy się do nich dostosować, albo zazdroszcząc im separujemy się i okopujemy w naszej śląskości, razem z językiem odrzucając wyższą kulturę, piękno i intelekt.

Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tak jest. Co jest źródłem upośledzenia naszej mowy. Niewątpliwie ogromne znaczenie mają tu przyzwyczajenia ludzi, nabyte podczas dziesięcioleci pieczołowitego niszczenia jej, rugowania ze szkół, mediów i innych miejsc publicznych oraz przedstawiania jej jako mowy niewykształconych wieśniaków i roboli, niegodnej człowieka kulturalnego. Ale czy przyczyna takiego stanu rzeczy jest tylko na zewnątrz? Dlaczego nasza mowa nie daje tego odczucia piękna, które mamy słuchając np. poezji w dobrym wykonaniu, albo oglądając przedstawienie teatralne. Czy przyczyna po części nie tkwi w nas samych, ponieważ sami nie szanujemy naszej mowy mówiąc chaotycznie i byle jak? Czasami można jeszcze usłyszeć starszych ludzi godających pięknie, aż serce rośnie i chce się ich słuchać i słuchać. Oni pamiętają język, jakiego używało się dawniej, kiedy jeszcze nie było telewizji a w niej „Nauki jazdy” i „Świętej wojny”. Jak niestety rzadkie jest to zjawisko!

Cóż jest przyczyną takiego a nie innego odczucia estetycznego? Dlaczego jedne rzeczy odczuwamy jako piękne, a inne jako brzydkie? Czy są to tylko pewne przyzwyczajenia ludzi, moda, która się zmienia i każe nam raz lubić małe zielone samochody o kanciastych kształtach, a za dwa lata auta duże, bordowe i raczej zaokrąglone? To też. Ale czy jest pod tym całym blichtrem coś, co się nie zmienia co sezon, jakaś trwała i prawdziwa wartość? Myślę, że tak. Zapewne zaprotestuje teraz wiele postmodernistycznych autorytetów, ale moim zdaniem warunkiem koniecznym (choć nie wystarczającym), żebyśmy mogli odczuwać coś jako piękne jest pewna staranność „wykonania”, wewnętrzna spójność i logika, harmonia i porządek. Dlatego wolimy rzeczy wykonane porządnie od tych zrobionych tandetnie. Dlatego lepiej czujemy się rozmawiając z kimś uczesanym i ubranym porządnie niż z kimś rozczochranym ubranym w zwisające spodnie z których wystaje pognieciona koszula.

To powiązanie piękna z porządkiem było intuicyjnie odczuwane przez ludzi od dawna, myślę nawet, że dawniej było ono odczuwane znacznie wyraźniej niż obecnie. Dlatego Polacy słowo „ładny” wywiedli od słowa „ład”. Dlatego słowo „kosmetyki”, czyli upiększacze, pochodzi od greckiego słowa „kosmos” oznaczającego właśnie porządek, ład, który Grecy przeciwstawiali chaosowi, czyli nieporządkowi i zamieszaniu.

Problem polega na tym, że nasza mowa tego podstawowego warunku nie spełnia. Nasza mowa nie jest uporządkowana. Nasza mowa jest chaosem a nie kosmosem i dlatego tak trudno jest nam mówić porządnie i pięknie, dlatego często odczuwamy ją jako brzydszą i gorszą. I myślę, że wielu z nas uwierzyło już, że tak to ma być. Tak jak kiedyś polska szlachta wierzyła, że „Rzeczpospolita nierządem stoi”, tak my za resztą kraju pozwoliliśmy się przekonać, że istotą mówienia po śląsku jest po prostu mówienie byle jak po polsku. Oklaskujemy i wynosimy na szczyty popularności ludzi często prymitywnych, sprowadzających naszą mowę i tradycję do poziomu rynsztoka.

To poczucie piękna języka, a raczej jego brak, oddziałuje i na nasze zewnętrze i na nasze wnętrze. W oddziaływaniu na zewnątrz język można by przyrównać do ubrania. Każdy z nas chce się ubierać starannie i ładnie. Nie mam tu na myśli gonienia za każdą nową modą. Mam na myśli to, co jest zdrowe, czyli unikanie niedbalstwa. Naturalne jest, że chcemy być schludni i ubierać się w czyste, wyprane rzeczy. Na specjalne okazje, np. wtedy gdy chcemy podkreślić uroczysty charakter jakiegoś wydarzenia, albo komuś okazać szacunek, ubieramy się szczególnie elegancko. Uważalibyśmy za gruby nietakt, gdyby ktoś poszedł do ślubu w potarganych dżinsach. Podobnie nie wypada iść na sumę do kościoła w przepoconej podkoszulce, adidasach i szortach – nie idzie się przecież na spotkanie z byle kim, tylko z samym Panem Bogiem. Język pełni podobną funkcję „zewnętrzną”. Spotykając ludzi chcemy „ubierać się” w porządny, czysty i schludny język. Jeśli do naszego rozmówcy mówimy byle jak, manifestujemy w ten sposób brak szacunku. Podobnie, jeśli ktoś mówi do nas ładnie, postrzegamy go jako wartościowszego człowieka i sami też czujemy się dowartościowani, bo okazano nam szacunek.

Ale język ma też funkcję wewnętrzną. Język jest nie tylko narzędziem do komunikowania się ludzi między sobą. Jest to też narzędzie do komunikowania się człowieka z samym sobą. Język jest w pewnym sensie „ubraniem” dla naszego intelektu, albo inaczej „narzędziem do myślenia”. Myślimy zawsze w jakimś języku. Nawet jeśli nie wszystkie myśli wypowiadamy na głos, zawsze formułujemy je za pomocą języka. Uważam więc, że kształt tego „ubrania”, albo sprawność „narzędzia” mają kolosalny wpływ na to, co myślimy i kim jesteśmy. Jak skarżą się czasami fizycy i filozofowie, wielu rzeczy nie potrafimy zrozumieć, bo w znanym nam języku brakuje odpowiednich słów i konstrukcji, żeby je wyrazić. Jeśli nasz język jest nieuporządkowany i byle jaki, całe nasze myślenie jest byle jakie. Jeśli nasz rozum jest byle jaki, całe nasze życie jest byle jakie. Jeżeli sam do siebie mówię byle jak, to znaczy, że sam sobie nie okazuję szacunku i sam siebie uważam za mniej wartościowego. Często wydaje mi się, że wielu z nas z tej bylejakości uczyniło swoją życiową filozofię. Jest to rodzaj jakiegoś samobójstwa duchowego. I powstaje w naszej psychice głębokie pęknięcie, bo przecież z drugiej strony cenimy sobie ład i porządek.

Płk. Ignacy Kowalczewski, oficer z polskiego garnizonu stacjonującego przed wojną w Tarnowskich Górach, napisał w swoim pamiętniku: „Niewątpliwie górujemy nad Ślązakami kulturą społeczną i towarzyską, a szczególnie najdoskonalszym narzędziem ludzkim – mową poprawną. Choć wielu z nich stoi od nas na pewno znacznie wyżej pod względem intelektualnym, czy też możliwości materialnych …” Czy czasem tu nie tkwi źródło naszego upośledzenia w życiu społecznym, naszego wiecznego kompleksu niższości, który każe nam dystansować się od kultury i edukacji, który powstrzymuje nas przed podejmowaniem życiowych i cywilizacyjnych wyzwań i sprawia, że na wolnym rynku idei i dóbr znowu jakby zaczynamy pozostawać w tyle, choć podobno jesteśmy pracowitsi, bardziej zdyscyplinowani i wytrwali? Czy nie jest to jedna z przyczyn tego, że lud porównywalnie liczny jak niejeden europejski naród nie potrafi wydać z siebie dość ludzi światłych, wreszcie pochodzących stąd, którzy potrafiliby wyprowadzić region z zapaści? Czy to, że ciągle przegrywamy z przyjezdnymi ze Wschodu i z Zachodu nie wynika z tego, że oni mają nad nami tę kolosalną przewagę w postaci najdoskonalszego narzędzia ludzkiego – mowy poprawnej?

Nie samym chlebem człowiek żyje. Człowiek potrzebuje piękna. Pan Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo i wpisał w nasze serca tęsknotę do piękna razem z pragnieniem dobra. Potrzebujemy piękna tak samo, a może nawet bardziej, niż jedzenia i powietrza. Tylko że o ile zawsze ceniliśmy dobroć, to nasza ascetyczna mentalność kazała nam się do piękna odnosić z rezerwą. Traktowaliśmy je zawsze nieco podejrzliwie, myląc je z blichtrem i przemijającą modą, uważając je za zastrzeżony dla możnych tego świata zbytek i fanaberię a nawet za grzech. Rzadko też go szukaliśmy. Obawiam się, że nie potrafię nawet w naszej godce znaleźć słowa odpowiedniego do nazwania tego pojęcia!

A natury ludzkiej oszukać się nie da. Od pewnego czasu zastanawia mnie pewien fenomen. Śląsk zawsze słynął z zamiłowania do muzyki. Podobno mamy obecnie na Śląsku najprężniejsze środowisko muzyczne w Polsce a śląscy kompozytorzy znani są na świecie. Księża z kolei chwalą śpiew wiernych w kościele, który podobno ciągle jeszcze wyraźnie odróżnia nas od reszty kraju. Czy nie ma tu kontrastu w stosunku do ubóstwa naszego regionu w dziedzinie sztuk związanych ze słowem, tj. literatury i teatru? Czy nie jest tak, że wobec braku języka, który byłby nasz i jednocześnie byłby wystarczająco szlachetnym i doskonałym tworzywem dla twórczości artystycznej, nasza tęsknota za pięknem wyraża się w muzyce, która podobno jest „językiem międzynarodowym”? Czy nie jest to świadectwo jakiegoś okaleczenia? Bo muzyka jest językiem serca a nie umysłu i normalnego języka zastąpić nie może.

Jeśli więc chcemy przetrwać, jeśli chcemy się normalnie rozwijać, potrzebujemy języka. Potrzebujemy języka, który byłby nasz, tj. dawał nam poczucie swojskości, i jednocześnie dawał nam poczucie piękna. Warunkiem koniecznym przywrócenia naszej mowie piękna jest jej uporządkowanie. Dziwię się, że Ślązacy, podobno mający przywiązanie do porządku „zakodowane w genach”, nie zdobyli się do tej pory na to, żeby uporządkować swoją mowę!

Środkiem do uporządkowania naszej mowy jest język pisany. Dlaczego język pisany? Po pierwsze dlatego, że porządkując naszą mowę musimy się jej niejako na nowo nauczyć. Forma pisana jest mniej ulotna niż mówiona. Znacznie łatwiej jest rozpowszechniać teksty pisane niż nagrania dźwiękowe. Znacznie łatwiej jest się z nich uczyć.

Dopóki nasza mowa nie będzie miała oparcia w uporządkowanym języku pisanym, nasze godanie po śląsku będzie przypominało po trochu grę w głuchy telefon. Będziemy się mogli opierać tylko na tym co uda się nam usłyszeć od innych i zapamiętać. A słyszymy często niedokładnie. Przy tym niejako zanurzeni jesteśmy w środowisku języka ogólnego, zewsząd nas otaczającego. W tym języku mówi większość, tym językiem posługują się media. Przez ten ogólny hałas nasza godka ledwo się przebija. Nawet nie zauważamy, miesza się ona z polszczyzną i ustępuje pod jej naporem. Dzień za dniem, mówimy coraz mniej po śląsku, a coraz więcej po polsku. Mówią nam potem na konkursach gwary, że my młodzi nie potrafimy już tak dobrze mówić po śląsku jak nasi dziadkowie. Tylko nikt nie powie nam, co robimy źle – jak więc mamy mówić lepiej, jak mamy wydoskonalać się w mówieniu po śląsku?

Pismo pokazuje dokładnie, jak dane słowo jest zbudowane, jest ono niejako rozebrane na klocki – głoski i z nich złożone z powrotem. Zasady ortograficzne mówią nam, jak zapisane słowo wypowiedzieć. Nasza mowa musi więc mieć oparcie w uporządkowanym piśmie!

Po drugie język pisany, jako bardziej trwały i łatwiejszy do udokumentowania od mówionego, wymusza większą staranność. Pisanie po śląsku zmusi nas do używania naszej mowy z większym szacunkiem, namysłem i w sposób bardziej świadomy.

Wielokrotnie słyszałem opinie, że nie jest nam potrzebny standard języka pisanego. Można przecież zapisywać teksty „fonetycznie”, używając reguł ortograficznych języka polskiego, do których przywykliśmy. Tymczasem każdy człowiek mówi trochę inaczej, a słyszy jeszcze inaczej. Jeśli każdy będzie zapisywał słowa tak, jak je słyszy i jak mu się wydaje, że jest dobrze, powstanie z tego tylko zamieszanie. Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w tej chwili. Ostatnio przecież nawet dość sporo pisze się po śląsku a także w innych gwarach. I okazuje się, że tzw. pisownia „fonetyczna” jest w rzeczywistości tylko pewną gwarową stylizacją standardowej polszczyzny, w dalece niedoskonały sposób odzwierciedlającą fonetykę mowy, która jest zapisywana. Ktoś, kto nie zna gwary z domu, nie jest w stanie takiego tekstu dobrze przeczytać. Z tego powodu wspaniałą książkę kś. Tischnera „Historia filozofii po góralsku” trzeba było uzupełnić kilkoma kasetami magnetofonowymi z nagraną mową prawdziwych Podhalan!

Na dodatek, czego zresztą można się było spodziewać, każdy autor zapisuje „fonetycznie” język inaczej. Zdarza się, że w tekstach tego samego autora to samo słowo zapisywane jest na kilka sposobów. To potęguje odczucie chaosu i niedoskonałości naszej mowy. To bardzo utrudnia odbiór tekstów, bo człowiek czyta oczami a nie uszami! Jeśli nie ma przejrzystych reguł ortograficznych i gramatrycznych, jeśli nie ma ustalonego sposobu zapisywania poszczególnych słów, jeśli każdy robi to inaczej, to czytając taki tekst musimy sobie każde słowo niejako powtórzyć w myślach, żeby je zrozumieć. To sprawia, że czytanie jest czasochłonne i męczące. W taki sposób czytają tylko dzieci uczące się czytać. Dorosły człowiek czyta oczami, bez powtarzania słów w pamięci kojarząc do razu ciąg znaków z jego znaczeniem. Postęp cywilizacyjny wymusza na nas konieczność szybkiego „przetwarzania” coraz większych ilości informacji tekstowej. Ostatnio modne stało się nawet tzw. szybkie czytanie. Ludzie są skłonni drogo płacić za naukę tej umiejętności, organizuje się zawody, a najlepsi są podobno w stanie przeczytać kilkusetstronicową książkę w pół godziny. Jeśli nie dopracujemy się powszechnie zaakceptowanego standardu, wtedy pisany śląski nigdy nie stanie się sprawnym narzędziem porozumiewania się ludzi między sobą.

Język pisany w pewnym stopniu “żyje” niezależnie od języka mówionego. Mądrze przemyślany i nie uzależniony sztywno od wymowy standard języka pisanego stwarza przy tym szansę na to, że będziemy mieli jedno śląskie pismo a mieszkańcy poszczególnych części naszej małej ojczyzny będą mogli zachować specyficzne cechy swoich gwar, które, jak wiadomo, różnią się od siebie.

Nie oszukujmy się, że we współczesnym zglobalizowanym świecie, pod ogromnym naciskiem mediów, nasza mowa przetrwa długo jako gwara. W tej chwili wydaje się, że obserwujemy jej „rewitalizację”, wydawane są różne książki po śląsku, organizuje się konkursy gwary itp. Jednocześnie z „rewitalizacją” obserwujemy jednak tendencję do zamykania naszej mowy w swoistym cepeliowym rezerwacie albo muzeum osobliwości. Słyszałem jakiś czas temu wypowiedź prof. Miodka, który stwierdził, że bardzo nie lubi, gdy do konkursu „Po naszymu, po śląsku” zgłaszają się ludzie mówiący gwarą z naleciałościami inteligenckimi, tj. wtrącającymi do swoich wypowiedzi wymawiane po śląsku słowa zapożyczone z polskiego a oznaczające różne pojęcia abstrakcyjne. Prof. Miodek stwierdził, że to nie jest autentyczna gwara i że on jako juror takich kandydatów natychmiast odrzuca. W takim stwierdzeniu zawarte jest przekonanie, że po pierwsze gwara jest językiem zarezerwowanym tylko dla ludzi niewykształconych, po drugie, że gwara musi być językiem już zamkniętym, tj. że nie może ona rozwijać się, przyjmować nowych słów i rozszerzać swojego zakresu zastosowania. Oznacza to w istocie jej zamknięcie w rezerwacie hasioka, familoka i nudelkuli. W miarę, jak Ślązacy posługujący się swoją mową będą się coraz lepiej kształcić i wzbogacać swoje słownictwo, w miarę jak zmieniające się warunki życia spowodują odchodzenie w przeszłość starych sprzętów, zawodów, czynności i sposobów życia, coraz mniej ludzi będzie w stanie spełnić tak zdefiniowane kryterium autentyczności gwary – stanie się więc ona językiem martwym. O ile kiedyś naszej mowie szykowano „śmierć gwałtowną” poprzez szykanowanie ludzi się nią posługujących, to takie podejście nazwałbym zabójstwem z podaniem środków znieczulających, czyli eutanazją. Nie chcemy rezerwatu! Chcemy, aby nasza mowa żyła, chcemy jej używać na co dzień w różnych sytuacjach i okolicznościach!

I nie zmieni tej sytuacji napisanie stu nowych słowników gwarowych. Pisanie kolejnego słownika gwarowego tym różni się od pracy nad uporządkowaniem języka, że jest tylko biernym dokumentowaniem istniejącego stanu rzeczy, np. po to, żeby ocalić od całkowitego zapomnienia to, co zanika. Jest to zbieranie eksponatów do muzeum, po to, żeby za jakiś czas nowoczesny człowiek mógł sobie w tym muzeum pooglądać różne dziwaczne sprzęty, których już się dawno nie używa. Praca nad językiem zakłada natomiast dążenie do jego wydoskonalenia po to, żeby go używać i żeby ludzie mogli sprawniej się swoją mową posługiwać w zmieniającej się rzeczywistości.

I to jest właśnie moim zdaniem najistotniejsza różnica między językiem a gwarą. Nie ma tu znaczenia to, czy eksperci uznają, że nasza mowa wystarczająco różni się od polskiego, żeby ją nazwać językiem. Nie ma sensu się o to kłócić. Jeśli nasza mowa zostanie nazwana dialektem, mówmy o skodyfikowanym dialekcie, jeśli nazwą ją gwarą, mówmy o literackiej formie gwary. Istotne jest to, czy zdobędziemy się na pracę nad jej uporządkowaniem i wydoskonaleniem.

Aby przeciwstawić się negatywnym stereotypom i przywrócić naszej mowie piękno, sami musimy się nauczyć pięknie jej używać. Potrzebujemy ludzi, którzy pokażą nam na nowo, jak to zrobić, jak można się naszą mową posługiwać pięknie, ozdobnie i elegancko. Potrzebujemy więc literatury: wierszy, pieśni, poematów, powieści, na których będziemy mogli się wzorować. Uporządkowana, logiczna struktura języka jest czymś w rodzaju rusztowania albo szkieletu, w oparciu o który może powstać piękny utwór. Utalentowanych pisarzy i poetów nie można zaplanować i „wyprodukować”. O to możemy się tylko modlić. Można natomiast zrobić ten pierwszy krok i dać im „narzędzie” w postaci szlachetniejszej formy języka. Możemy też stworzyć atmosferę sprzyjającą rozwojowi potencjalnych talentów.

Nie łudźmy się też, że nie będzie nas to nic kosztowało. Opracowanie standardu będzie wymagało od nas wielkiej pracy. Przy pracy tej nieocenioną pomocą mogą wprawdzie być chcący pisać po naszymu entuzjaści amatorzy, ale decydującą jej część powierzyć trzeba dysponującym odpowiednią wiedzą specjalistom. Tych specjalistów musimy znaleźć, musimy im stworzyć odpowiednie zaplecze i warunki. Musimy też zdobyć się na pewien kompromis, bez którego nie da się stworzyć jednego standardu wspólnego dla wszystkich. Ten kompromis nie może jednak polegać na tym, że większość przegłosuje mniejszość, ale na poszukiwaniu form piękniejszych, bardziej uporządkowanych i logiczniejszych. Naszej mowy wszyscy będziemy musieli się niejako na nowo nauczyć. Jednak Śląsk jakiego chcemy, Śląsk wierny tradycji, ale kreatywny i twórczo wychodzący naprzeciw nowym wyzwaniom nie spadnie nam z nieba za darmo. Ten Śląsk będzie wymagał wysiłku, także intelektualnego. Ale inny Śląsk nie jest możliwy. Śląsk byle jaki, głupawy i „ańfachowy” zaprzeczyłby swoim korzeniom. Na wysiłek uporządkowania języka zdobyło się wiele mniejszych społeczności europejskich, takich jak Katalończycy, Baskowie, Walijczycy a także bliscy nam geograficznie i etnicznie Kaszubi. Uważam, że nie jest to zadanie, jakie przekraczałoby i nasze możliwości.

Przez lata prześladowań nauczyliśmy się, że sposobem na zachowanie naszej tożsamości jest trwanie przy tradycji naszych przodków. Wydaje mi się, że uparte trzymanie się starych zwyczajów i sposobów życia stało się nawet pewnym wyznacznikiem śląskości. Niestety, w zmieniającym się coraz szybciej świecie ta tradycja staje się dla nas coraz bardziej więzieniem. Bierne powielanie starych schematów może zarówno jednostki, jak i całe społeczności doprowadzić do katastrofy. Opracowanie języka pisanego, którego opanowanie będzie wymagało intelektualnej aktywności, może nam pomóc wydobyć się z zaklętego kręgu starych sposobów życia. Może ono mieć kolosalne znaczenie dla przemiany naszej mentalności. Bycie Ślązakiem nie będzie już polegało na biernym poddaniu się starym wzorcom. Bycie Ślązakiem będzie wymagało aktywności woli i umysłu. Być może dzięki temu otworzy się dla nas ścieżka, którą podążając będziemy mogli się rozwijać nie zaprzeczając swej tożsamości. Myślę, że powstanie języka mogłoby wyzwolić wielki niewykorzystany potencjał, który, jak uważam, wciąż drzemie ukryty w wielu wspaniałych ludziach, których na Śląsku jeszcze sporo zostało.

Nowoczesny język powinien stać się podstawą naszej tożsamości. Paradoksalnie podstawa taka, jako byt niematerialny, może w zmieniającym się świecie okazać się trwalsza niż wszystkie wartości i zwyczaje związane z kulturą przemysłową, na które tak chętnie się powołujemy. Przy tym w przeciwieństwie do takich cnót jak pracowitość czy uczciwość, które mają charakter uniwersalny, język jest wartością unikalnie nasza, pozwoli więc on nam wyróżnić się spośród ogółu.

Obawiam się, że jeśli na wysiłek uporządkowania języka się nie zdobędziemy, nasza mowa skazana jest na wymarcie. Jeśli chcemy sobie zaoszczędzić problemów i cierpienia, powinniśmy jak najszybciej o niej zapomnieć i przejść na standardowy polski. Tylko czy Śląsk będzie wtedy jeszcze Śląskiem, czy Ślązacy będą Ślązakami. Czy nie będzie tak, że pozostanie po nas tylko nazwa geograficzna i rezerwat – parę starych strojów w muzeum, no i może jeszcze „krupniaki” w karczmie piwnej na „barborkę”?

Myślę, że tak naprawdę wszyscy i ci, którzy jeszcze próbują walczyć, i ci, którzy już stracili nadzieję, instynktownie czujemy, że to byłby koniec. Gdzieś głęboko w naszych sercach wiemy, że nasza mowa jest dla nas czymś bardzo ważnym. Czujemy więź z tym godaniem, które kojarzy się nam z domem, z rodziną, ze wszystkim co swojskie, z godaniem, które jest tak bardzo nasze, jak to tylko jest możliwe. I wszystkich nas boli, że ta mowa zanika, „wycofuje się”. Niektórzy z nas ten ból próbują tłamsić w sobie, inni otwarcie manifestują bunt. I wychodzi ten żal z nas w różnych sytuacjach i przemienia się w agresję, w pretensje do siebie nawzajem, do sąsiadów, do świata, do historii, która zmiata z powierzchni ziemi to, co dla nas drogie. Myślę, że jeśli nasza tożsamość, nasz język byłyby należycie zabezpieczone, te żale i pretensje uległyby wyciszeniu.

I właśnie ta nasza tęsknota za byciem sobą, nasze dążenie do tego, żeby trwać, jest wystarczającą motywacją, żeby się tego zadania podjąć. Nie potrzebujemy uzasadnienia ekonomicznego, historycznego, nie musimy mówić o narodzie ani o niepodległości, nie ma w tym żadnej polityki. Wystarczy, że tego mocno chcemy i że nie ma w tym nic złego. No bo cóż może być złego w tym, że chcemy mówić i pisać pięknie po naszymu. Czy to może szkodzić Rzeczypospolitej, czy to może zagrażać Polakom, Europie, światu? Komuż prócz samego diabła może szkodzić dążenie do piękna, porządku i harmonii?

Istnienie pośród ogółu społeczności o własnej, różnej od przyjętej przez większość tradycji, kulturze, o innym języku jest jakby oglądaniem świata z innego punktu widzenia. Dopiero jako społeczność wieloetniczna możemy postrzegać rzeczywistość w całym jej bogactwie i we wszystkich wymiarach. Prawdziwym niebezpieczeństwem dla Polski jest płytka mono-kultura, która, jak pokazuje doświadczenie, w krótkim czasie prowadzi do pustyni. Naszej zakorzenionej w tej ziemi od półtorej tysiąclecia etniczności nie zastąpi importowanie z Afryki kilku Murzynów, nawet jeśli ci Murzyni strzelają gole w każdym meczu.

dr Józef Kulisz, Gliwice, r. 2000

Tynto artykulik nŏleży do kategoryj: inksze, polymika, ślōnskŏ mŏwa regiōnalnŏ, wszyjske wrŏz. Tagi artykulika: . Użyj bezpostrzednigo linku jako zakłŏdki.

Niy ma możliwości kōmyntowaniŏ.